W pewne leniwe niedzielne popołudnie, słuchając muzyki genialnego Michała Lorenca na Youtubie, z boku wyświetlił mi się owy czarnobiały film. 1:16 h, "Mateusz jest dorosłym mężyczyzną z duszą dziesięcioletniego chłopca." - czytam w opisie i mówię sobie - wchodzę w to! Nie wiedziałam, że kiedykolwiek będę tak wdzięczna algorytmom Youtuba.
Tytuł filmu przywodzi na myśl mistyczne żywoty świętych chrześcijańskich. Choć w filmie brak religijnych odwołań, myślę, że tytuł filmu nie jest przypadkowy. Żywot kojarzy się z czymś transcendentnym, przekraczającym zwyczajność, czymś przesiąkniętym duchowością, czymś nie z tego świata. Taki też jest właśnie żywot tytułowego bohatera - Mateusza. Nie jest on jednak nikim wyjątkowym, nie widzimy w jego życiu żadnych cudów, religijnych uniesień ani nie lewituje on jak byśmy tego chcieli od porządnego mistyka przekraczającego prawa przyrody. Co więcej, przez miejscowych traktowany jest jak prostaczek, z zwyczajną pobłażliwością. Mimo braku nadprzyrodzonych zjawisk, w życiu bohatera nie brakuje mistycznych uniesień. Wszystko za sprawą przyrody, której bohater czuje się częścią niczym pogański, prymitywny człowiek. Poznajemy sekretne życie Mateusza, jego nadwrażliwość na piękno przyrody czy zwyczajne ludzkie sytuacje. Dla Mateusza nic nie jest zwyczajne. Przelatujący przez wieś ptak jest najważniejszym wydarzeniem dnia, a barwy upierzenia urastają do rangi cudu. Przewożąc pasażera przez rzekę, czuje radość niczym dziecko. Mateusz żyje w świecie, ale zdaje się, że jest gdzieś obok ludzi i ważnych spraw tego świata. Nie ma stałej pracy, ciągle odrywa się od zajęć, nie może się zakorzenić. Beztroskiemu mężczyźnie nie potrzeba nic do szczęścia oprócz przyrody, a z prostych chwil stara się czerpać pełnymi garściami.
Zdrada siostry burzy starożytny epikureizm bohatera. Tak, Matis czuje się zdradzony. Człowiek, któremu pomógł zajął jego miejsce. W silnym gniewie podejmuje ostateczną decyzję. Postanawia umrzeć. W tym kulminacyjnym dla filmu momencie Mateusz pokazuje najbardziej ludzkie uczucie. Ogromne cierpienie przeradza się w gniew. W najtragiczniejszych momentach życia bohaterowi stale towarzyszy przyroda, która jak krwawiąca brzoza, współodczuwa razem z nim. Kres cierpieniu bohatera kładzie jeden z żywiołów. Przyroda przez całe życie dawała mu energię, ostatecznie przynosi mu śmierć po czym przyjmuje ponownie na swoje łono.
Główny bohater na pewno nie jest normalnym człowiekiem, ale nie możemy go nazwać nieludzkim. On właśnie wydaje się być najbardziej ludzkim ze wszystkich ludzi. Z uczuciem podchodzi do uroków przyrody i zwyczajnego życia. Nie rozumie i nie chce żyć w konwencji, która stworzyli sobie ludzie. Jest sobą. Czuje całym sobą zarówno zachwyt jak i gniew. A przy tym wszystkim jest szczęśliwy.
Żywot Mateusza to jeden z tych filmów dzięki którym mogę powrócić w beztroski czas dzieciństwa. Piękne kadry suwalskiej przyrody wraz z muzyką Corellego przenoszą mnie w marzenia senne. Jednak jest on dla mnie czymś więcej. Przypomina mi, że na świat trzeba patrzeć tak jak robi to Mateusz. Odkrywam w tym filmie cząstkę siebie, bo sama mam wiele z tytułowego bohatera. Wrażliwość i prostota, która dominuje w jego życiu zdaje się być zapomnianym przepisem na szczęście. Przyrodą trzeba żyć, ale trzeba ją też szanować, bo ostatecznie, to ona przyjmie każdego z nas. O tym przypomina nam ten film.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz